Firmy budowlane mają alkomaty, a majstrów i tak ciągnie do butelki
Pili, piją i będą pić – bezradnie rozkładają ręce szefowie łódzkich firm. Niektórzy postanowili z tym walczyć, wejścia na budowy strzegą u nich alkomaty, może pojawią się psychologowie na etatach…
Deszczowy poranek, ul. Pabianicka w Łodzi. Z placu budowy wielkiego centrum Ikea wybiega robotnik w kombinezonie i kasku. Kilka susów przez jezdnię i już jest na stacji benzynowej. Przez chwilę upewnia się, że nikt “niepowołany” nie patrzy, po czym ściszonym głosem rzuca w stronę sprzedawcy: – Połówkę jakąś, proszę.
Lekko zażenowany kasjer ruchem głowy wskazuje na półkę: – Proszę, pan sobie wybierze.
Po chwili robotnik, z butelką pod pachą, pomyka już z powrotem w stronę budowy…
Prezes dużej łódzkiej firmy budowlanej: – Niestety, znów chleją w pracy. Opamiętali się tylko na chwilę, kilka lat temu. Był taki okres, przed wejściem do Unii, gdy w naszej branży panowało wielkie bezrobocie. Większość się hamowała, bali się pić, żeby nie stracić roboty. Ale potem otworzyły się europejskie rynki, całe brygady zaczęły uciekać do Anglii, do Irlandii. Wyglądało to tak. Ja robię gościowi awanturę, a on wyciąga środkowy palec i odpowiada: coś się nie podoba? – mówi prezes. Liczy on, że kryzys otrzeźwi budowlańców. (…)
Zgadza się z nim Tomasz Kajl, łódzki psycholog. – Myślę, że nie jest to wina specyficznych warunków pracy, a jednak ludzi, którzy idą do zawodu. Mają takie, a nie inne predyspozycje, często pochodzą z rodzin, w których pije się od pokoleń. To już widać w szkołach, w których się uczą zawodu, zanim jeszcze pójdą na praktyki – mówi Kajl.
Niestety, alkohol na budowie to nie tylko przykry zapach, ale i realne niebezpieczeństwo. Dokładnych statystyk dotyczących tragedii spowodowanych promilami nie ma. Ale urząd statystyczny podaje, że w 2008 roku w Łódzkiem doszło aż do 485 wypadków na budowach. Od wielu lat 40-50 procent nieszczęść w tej branży stanowią wypadki wynikające ze “stanu psychofizycznego i niewłaściwych zachowań pracowników”.
Pozostała część artykułu:
Firmy budowlane mają alkomaty, a majstrów i tak ciągnie do butelki – Łódź – Naszemiasto.pl




